Nic mi się nie chce, czyli chandra (depresja) mnie dopadła

Zmęczony człowiek patrzący na morze


Czy wy też tak macie, że tygodniami nie jesteście w stanie wykrzesać z siebie niczego? Ani odrobiny entuzjazmu, nowych pomysłów, chęci do zrobienia czegokolwiek nowego, czegokolwiek, co wykraczałoby poza codzienną rutynę?

Inna sprawa, że i wykonywanie rutynowych czynności przychodzi z pewnym trudem, ba! bywa wręcz bolesne!
Nie chcę nazywać tego depresją, jeszcze nie płaczę w trakcie mycia zębów, bo słowo to jest obecnie nadużywane, to coś co określam mianem permanentnej chandry.

Stan ten utrzymuje się od kilku dni do kilku tygodni. Jeśli trwa dłużej niż tydzień trzeba coś z tym zrobić, bo w przeciwnym wypadku – równia pochyła ku depresji (chorobie śmiertelnej, nie zapominajcie!) murowana.

Co ma do tego oczyszczanie organizmu?

Z uwagi na domenę mojego bloga staram się każdorazowo nawiązywać jakoś do oczyszczania organizmu, ale czy akurat chandra lub depresja faktycznie są z nim powiązane? Ja osobiście widzę dwa powiązania:

  • po pierwsze zanieczyszczony organizm jest chorym organizmem, więc trudno spodziewać się po nim również pełnej dyspozycji psychicznej (diabli wiedzą skąd to u mnie skoro się staram!),
  • po drugie w stanie chandry zaprzepaszczamy (przynajmniej ja) wszelkie starania, bo przestając dbać o cokolwiek opychamy się (na pewno ja) różnymi paskudztwami, które teoretycznie mają poprawiać nastrój, w praktyce jednak obniżają go i zaśmiecają układ pokarmowy i całe ciało.

Co z tym zrobić?

Cytryna przepołowiona na pół

Odnosząc się do kwestii pierwszej tj. ewentualnego obniżenia nastroju wskutek zanieczyszczenia organizmu, a raczej po prostu na skutek złego samopoczucia czy złej kondycji jako takiej – tu oczyszczanie czyli mniej lub bardziej zaawansowany detoks jest jak najbardziej przydatny. Zresztą i pseudo naukowcy i naukowcy z prawdziwego zdarzenia twierdzą jednogłośnie, że w zdrowym ciele i duch jest zdrowy należy więc zadbać porządnie o fizis.

Polecam w tym przypadku działania łagodne czyli np. szybki i przyjemny (mimo wszystko!) detoks z cytrynami (pisałam o nim tutaj), regularne zjadanie sporych ilości czerwonych buraczków bądź też krótkie diety oczyszczające. Działania długofalowe zostawmy sobie na później tj. na ten moment, gdy już wyjdziemy z największego dołka.

Detox czy tox – na jedno wychodzi gdy człowiek z natury ma skłonności do popadania w chandry i depresje. W mojej rodzinie większość osób tak ma, ja też – odkąd pamiętam. Kończy się to różnie, bardzo często nałogami, przed którymi trzeba strzec się na wszelkie możliwe sposoby.

Kawałki czerwonego mięsa na patelni

Ja kiedyś, pokładając nadmierne zaufanie w możliwościach psychoterapeutów i psychiatrów uskuteczniałam różne psycho i farmakoterapie, ale ich efekty – o kant … za przeproszeniem wiecie czego można potłuc, bo wszystko to, o ile człowiek nie zmieni swojego myślenia i postępowania prowadzi do niczego.

Dziś autopsychoterapeutyzuję się, ale robię to z marnym skutkiem do momentu, w którym nie zastosuję wspomagania. Wspomaganie to polega na zwiększeniu produkcji serotoniny. Dwa razy w roku muszę zaordynować sobie taką terapię, bo inaczej nie daję rady.

Polega to, w zależności od intensywności fazy chandro-depresyjnej, na jedzeniu sporych ilości czerwonego mięsa (terapia cielęcinowo – wołowa plus duże ilości serów) albo przyjmowaniu 5-htp czyli naturalnego prekursora serotoniny. To drugie już jest i tak sporym trybem ułatwień.

Po tygodniu zażywania psyche wraca do normy. Zostało mi dwa dni, a jak widzicie i tak wyszłam już częściowo z dołka, bo udało mi się sklecić ten post. Takich wyjść, jeszcze bardziej spektakularnych i dłuuuugotrwałych, też wam życzę.

Dodaj Komentarz